niedziela, 23 lipca 2017

Księżniczka Misia

Cześć Wam! Miałam chwilę przerwy z pisaniem, jednak zamierzam to jak najszybciej nadrobić. Oczywiście powodem była praca, która sprawia, że nie mam siły wstać z łóżka, a co dopiero sięgać po laptopa. Dziś przygotowałam kolejny koci post, ponownie z  gadżetami. Jako, że moja kotka jest prawdziwą arystokratką (jak chyba każdy kot) wymaga coraz to nowych upominków. Tym razem sprawiłam jej bardziej rozrywkowe przedmioty.
Zabawka z myszką na sprężynie to coś co chciałam kupić już dawno temu. Nie spodziewałam się jednak, że Misia wpadnie na to by bawić się z nią w "ciągnięcie po całej podłodze". Po tym incydencje przytwierdziłam mocniejszą taśmą zabawkę do podłogi z nadzieją, że jej właścicielka odkryje jaki jest jej czar. 
Jeśli chodzi o miseczkę na wodę - Misia oczywiście ma już jedną. Jednak pamiętajmy o tym by nasz zwierzak miał stały, komfortowy dostęp do wody, szczególnie latem. Dlatego też druga miska w innej części mieszkania jest jak najbardziej dobrym pomysłem. Ja ponownie postawiłam na ceramiczną opcję, oczywiście w kolorze różowym.
Piłeczkę kupiłam z czystej ciekawości. Wcześniej nie zauważyłam by Misia poświęcała jakąkolwiek uwagę tego typu przedmiotom, tak też stało się z piłeczka. Niestety wylądowała gdzieś pod meblami, nie dorównując przy tym kapslom i rolkom po papierze.
Kotka jednak mimo prezentów była dziś wyjątkowo niefotogeniczna (chyba udzielił się jej mój humor). A co Wy myślicie o tego typu kocich zabawkach?

niedziela, 16 lipca 2017

Tusz Scandaleyes Rimmel, Kredka Eveline, Maska Exclusive

Cześć wszystkim! Nawet nie wiecie jak zazdroszczę wszystkim tym, którzy mają wakacje. Praca mnie wykańcza i czasem mam ochotę rzucić wszystko i iść spać. Ostatnio pisałam o prezentach dla Misi. Dziś co nieco o upominkach, które sprawiłam sobie sama.
Na pierwszy ogień idzie kredka do brwi Eveline. I choć bardzo lubię tę markę, to kredka jest wyjątkowo beznadziejna. Jest miękka i lepka, a nie to powinno charakteryzować kredkę do brwi. 
Kolejnym kosmetykiem jest tusz Rimmela Scandaleyes. I choć sama marka ani seria nie była dla mnie nowością to rodzaj tuszu jako tako był. Zawsze wybierałam pomarańczową lub czarno-pomarańczową wersję (wciąż ich nie odróżniam). Tym razem padło na "ekstremalną czerń". Tusz oczywiście polecam, "Scandaleyes" to tusze, które używam odkąd zaczęłam się malować i ze wszystkich, które testowałam te są najlepsze. Szczoteczki nie sklejają rzęs, a sam kosmetyk jest bardzo wydajny.
Maskę peel-off kupiłam z czystej ciekawości. Nienawidzę tego typu masek, jednak chciałam porównać jej działanie do słynnej czarnej maski z Aliexpress. Niestety zawiodłam się. Podczas noszeniu jej czułam jakby moja twarz dusiła się, a po ściągnięciu nie zauważyłam jakiegokolwiek oczyszczenia. Maskę stosowałam przez tydzień, jednak musiałam przestać, bo każdym użyciu miałam wrażenie, że skóra wygląda jeszcze gorzej.
Podsumowując: z całej trójki mogę polecić jedynie tusz do rzęs.Zarówno maska, jak i kredka nadają się co najwyżej do zapełnienia miejsca na półce.

czwartek, 6 lipca 2017

Kocia dama z łososiem

Dziś po naprawdę podłym dniu pracy postanowiłam kupić sobie coś fajnego na pocieszenie. Niestety nic nie wpadło mi do gustu, za to postanowiłam sprawić kilka upominków Misi (niedawno przechrzczona na Zośkę, ale wciąż się nie przyzwyczaiłam). Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam to różowa obroża dla kociąt z odblaskiem i dzwoneczkiem. Miśka na początku była naprawdę rozwścieczona moim wymysłem, jednak po chwili zrozumiała, że pogoń za dzwoneczkiem na szyi to świetna zabawa. Obróżkę kupiłam jednak nie tylko dla swoich fanaberii. Moja pupilka uwielbia się chować, czasami naprawdę ciężko jest mi ją znaleźć i zastanawiam się czy się czymś nie przygniotła lub nie wyleciała niepostrzeżenie na balkon. Dzwoneczek o wiele ułatwi mi poszukiwania. Poza tym - teraz jest jeszcze bardziej urocza niż zwykle. 
Kolejnym prezentem jaki jej sprawiłam była mała szczoteczka do wyczesywania. Misia nie jest kotem długowłosym, jest też młoda, więc jej sierść nie wymaga droższego sprzętu. I tą sprawą nie była zachwycona. Nie pozwoliła się wyczesać, jednak sama szczotka naprawdę jej się spodobała. Wyrwała mi ją z rąk, a następnie porwała ją do swojego legowiska. 
Ostatnią rzeczą jest pasta z łososiem Lovi Cat. Ten prezent spodobał się jej najbardziej. Kupując pastę od razu pomyślałam, że pomogłaby przy tabletce na odrobaczanie lub witaminach. Sama pasta (na razie bez tabletek) bardzo jej posmakowała. Minusem jest to, że śmierdzi jak sardynki z puszki, a Misia jeszcze nie nabyła nawyku mycia zębów. 
Podsumowując: nie zdołałam pocieszyć samej siebie, jednak szczęśliwy kot, to szczęśliwy pan, czyż nie?

poniedziałek, 3 lipca 2017

Kocia wyprawka

Dziś post dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad adopcją kotka, ale nie wiedzą jak się na to przygotować. Wbrew pozorom kupno/adopcja kociaka to tylko połowa sukcesu. Postaram się przybliżyć Wam jak materialnie przygotować się na czworonoga w mieszkaniu. 
1. Jedzenie i picie
Jeśli adoptujecie dorosłego kotka, nie powinien mieć on problemów z piciem wody. Jednak małe kociaki, odstawione od matki (a takich najczęściej ludzie się pozbywają) nie zaczną pić jej od razu. To, że kotki lubią mleko wie każdy. Jednak nie każde mleko jest dobre dla kociaków. Na pewno nie powinny pić krowiego mleka. Jeśli jednak z jakiegoś powodu tylko je możecie podać - rozcieńczcie je z wodą. Mleko podajemy jednak jedynie do 8 tygodnia życia. Potem u większości kociaków pojawia się nietolerancja laktozy. Co jeśli kot nieco podrósł i dalej nie chce pić wody? Proponuję wtedy podanie im specjalnego mleka dla kotów, które stopniowo będziemy rozcieńczać z wodą, aż kot przyzwyczai się do jej smaku. Istnieją też "mleczka smakołyczki", produkowane m.in. przez Animondę, które polecam zamiast mięsnych przysmaków-nagród. 
Jedzonko jest nieco prostszym tematem. Karmy w sklepach są typowane dla danych grup kotów, więc w przypadku małego kociaka wybieramy "Juniorki". Proponuję od samego początku dodawać suchego pokarmu, a nie "jechać" na samych saszetkach. Musimy też pamiętać, że nie należy zmieniać kotu karmy (jak już to stopniowo) ponieważ może to prowadzić do osłabienia zwierzaka, biegunki czy nawet poważnego zatrucia. Dlatego też przed zakupem Royala czy Acany przemyślcie fakt czy będziecie w stanie finansowo podawać kotu na bieżącą właśnie te karmy. Ja od początku zdecydowałam się na Purine i kotek jest jak najbardziej zadowolony, a mój portfel nie płacze. Z mokrych zaś polecam takie firmy jak Animonda (szczególnie na początku - paszteciki Baby Pate) czy Bozita, szwedzka kocia karma (co ciekawe - testowana na ludziach, nie zwierzętach!). Unikałabym słynnych whiskasów czy (nie daj Boże) Felixów. Mój pierwszy kot niestety, ale poważnie zatruł się właśnie dzięki jednej z w/w karm. 
2. Miski
Dla mnie był to także ważny element wyprawki. Jeśli dobrze wybierzecie będzie to długotrwały zakup. Wybrałam miski ceramiczne - łatwo jest je domyć. Jednak dobrym wyborem będą także metalowe miski na gumie antypoślizgowej. Plastikowe nie sprawdzą się wg mnie pod względem estetycznym jak i wytrzymałościowym. 
3. Legowisko
Choć Wasz kot będzie wolał kartony, buty, szparę za lodówką i Wasze łóżko warto mu sprawić także legowisko. Będzie miał ten swój własny kąt, który warto ustawić w nasłonecznionym miejscu. Koty uwielbiają grzać się w słoneczku. Nie szalejmy jednak z rozmiarem legowiska - pamiętajcie, że mówimy o stworzeniach, które wyśpią się na głośniku komputerowym. Nie warto gracić sobie mieszkania wielgachnym, w którym kot nie będzie non stop przebywał. Warto wybrać też takie, które łatwo wyprać. Wasz pupil może na początku mylić je z toaletą.
4. Kuweta i łopatka
Wbrew tego co możecie sobie wyobrażać ta mała włochata kuleczka poradzi sobie z wysoką kuwetą. Koty bardzo szybko rosną. Na początek wystarczy standardowa odkryta kuweta, jednak szybko zamarzycie o krytej toalecie. Swoją dopiero zamówiłam. Żwirek niestety lubi nosić się po domu, zapachy także nie należą do najprzyjemniejszych. Kryta toaleta zaoszczędzi Wam tego. Łopatka pomoże nam w codziennym opróżnianiu kuwety. 
5. Żwirek
Na rynku znajdziecie mnóstwo rodzajów. Drewniane, kukurydziane, sylikonowe. Każdy ma swoje zalety. Cats best jest ekologiczny, można go usuwać w toalecie, sylikonowe nie przyklejają się do łapek kotów i nie będą nosić się po całym domu. Ja za to od początku postawiłam na żwirki "Benki". Świetnie się zbrylają i cena jest całkiem ekonomiczna. 10l wystarcza mi na 4 wymiany żwirku.
6. Drapak
Tę rzecz należy już dostosować do wielkości pokoju/mieszkania. Ja wybrałam metrową wersję z "domkiem" i pięterkiem, kolorystycznie pasującą do dużego pokoju. Drapak pomaga naszemu kocurkowi "zdzierać" pazurki i powstrzyma go od niszczenia mebli oraz sprzętów. Pamiętajcie jednak, że drapak musi być z pupilem od początku. Gdy kot przyzwyczai się do drapania mebli kupno najdroższego i najpiękniejszego drapaka nie pomoże. Nie od razu też może on mu przypaść do gustu. Minie trochę czasu nim zwierzę zrozumie na co mu to "futrzane coś" na środku pokoju.
7. Zabawki
To, że koty kochają kartony, kapsle i polerki do paznokci już wiemy. Jednak warto kupić jedną, dwie typowo "kocie" zabawki. Z autopsji polecam wędki. Moja Misia pokochała także wielką, futrzaną mysz. Pamiętajcie jednak, że każdy kotek jest inny i tutaj trzeba próbować metodą prób i błędów. 

I to by było na tyle z obowiązkowej wyprawki dla kota. Post napisałam na podstawie własnego doświadczenia i choć wg mnie udzielam Wam dobrych rad - mogę się mylić. Nie jestem kocim ekspertem. Mam jednak nadzieję, że choć trochę pomogłam komuś w przygotowaniach. Co myślicie o tej kociej wyprawce? Może dodalibyście lub odjęli coś od siebie?

niedziela, 2 lipca 2017

Opuszczony szpital

Niedawno wybrałam się na "wycieczkę" w okolice Bielska. Tam też padł pomysł by odwiedzić opuszczony szpital, zwany "Stalownikiem", który znajduje się na obrzeżach miasta. Nie jestem fanką tego typu wypraw ponieważ: a) oglądałam AHS Asylum i jestem przewrażliwiona, b) nie chciałabym zastać zaatakowana przez bandę ćpunów, dresów, meneli czy skinów gdzieś na odludziu. Mimo to, za namową zgodziłam się na przekroczenie ogrodzenia i odwiedzenie pustostanu. Dlaczego więc zdecydowałam się na opisanie tego miejsca, skoro nie jestem jego fanką? Ponieważ na swój sposób jest ono pięknie. Niestety zdjęcia są robione jedynie z parteru. Żałuję, że nie udało mi się wyciągnąć telefonu na późniejszych piętrach, jednak myślę, że strach przed spadnięciem w przepaść był silniejszy. Otóż, jak możecie się domyślać ruina nie miała żadnych zabezpieczeń. Wejście na ostatnie piętro było dla nas nie lada wyzwaniem. Schody wyglądały tak, że po lewej stronie było piętro, po prawej - przepaść. Na dachu oczywiście unosiła się ta wszystkim znana, tajemnicza mgła, a widok był zniewalający. Warto było odwiedzić to miejsce, jednak nie wiem czy miałabym tyle adrenaliny w sobie by uczynić to ponownie. 
Jeśli chodzi o samą historię szpitala, to troszkę poszperałam i nie jest ona specjalnie ujmująca. Oddziały zostały przeniesione do innego szpitala, a "Stalownik" stał długo bez kupca. Kupiec znalazł się jednak zakończył na częściowym wyburzeniu budynku. Nie robiono tu eksperymentów na ludziach, ani nie było masowego samobójstwa na oddziale psychiatrycznym. Wtedy pewnie bym nie odwiedziła tego miejsca.
A co Wy myślicie o takich "wyprawach"? Lubicie opuszczone miejsca, czy wolicie ciepło miejskich ryneczków? 

piątek, 30 czerwca 2017

Shinybox Czerwiec 2017

Upał mnie dobija, chyba jak i dużą część z Was. Ostatnimi dniami jest tak parno i duszno, że wychodzenie z domu straciło dla mnie sens. Ostatnimi czasy jedyne dystansy jakie pokonuję to praca-dom oraz dom-nauka jazdy. Za niedługo kończę wykłady i rozpoczynam jazdy. Ale o tym innym razem. Jednak te monotonne siedzenie w domu przywołało do mnie myśli o reaktywacji bloga. Tak też zrobiłam. Po długiej przerwie w blogowaniu postanowiłam pójść na łatwiznę i w pierwszym poście opisać czerwcowe pudełko Shinybox, które dostałam dziś rano. Miesiąc temu zakończyłam subskrypcję, ponieważ ostatnie parę edycji naprawdę mnie rozczarowało. Tym razem postanowiłam zamówić pojedyncze pudełko, ponieważ skusiły mnie dwa wcześniej promowane produkty marki Kueshi. Czy pudełko okazało się warte swojej ceny? Przekonajcie się sami. 
Zacznijmy od rzeczy, które najmniej nas interesują czyli saszetki. Są one w każdym pudełka i mam już ich naprawdę pokaźną kolekcję.
Coś co naprawdę mi się przydało to sól do stóp. Niewielką zawartość saszetki wsypałam do wody, a przez kolejne dziesięć minut dałam stopom odpocząć. Po kilku dodatkowych ruchach pumeksem wszelkie niedoskonałości zniknęły, więc produkt dał radę. Dodatkowo naprawdę pięknie pachnie. Jeśli chodzi o maseczkę - zamierzam wykorzystać ją w wolnej chwili ponieważ ma właściwości oczyszczające. Krem do stóp za to dodaję do mojej pokaźnej już kolekcji próbek, do których jakoś wciąż nie potrafię się przekonać. 
Kosmetyki Kueshi to coś na co czekałam. Obydwa preparaty mogą poszczycić się niebanalnym zapachem.Tonik co prawda jest do skóry wrażliwej, mimo to nie mogę się doczekać aż skończę swój obecny i przerzucę się na ten. Jeśli chodzi o balsam, to bardzo szybko poradził sobie z regenaracją naskórka, a zapach utrzymywał się na skórze przez kilka godzin.
Czas na mniejsze gabaryty. Odżywkę do paznokci nałożyłam zaraz po spiłowaniu pazurków, które i tak już wołały o pomstę do nieba. A każda z nas wie jakie łamliwe i mięknie są paznokcie po ściągnięciu żelu. Efekt był piorunujący, ponieważ po nałożeniu odżywki stały się twarde jak żel. Olejku do kąpieli i odżywki do włosów jeszcze nie testowałam. Jeśli zaś chodzi o kredkę jej trwałość pozostawia wiele do życzenia, jednak jest to produkt niszowej firmy, więc nie spodziewałam się cudów.
Produkt firmy Mincer to wzmacniające serum do dłoni i paznokci. Szczerze liczyłam na drugi z możliwych produktów - na koncentrat do rąk przeciw przebarwieniom. Jednak serum będzie na pewno miłym prezentem dla mamy czy babci.
Ostatnimi produktami z pudełka są herbatki na odchudzanie Hello Slim. Szczerze mówiąc nie bawię się w produkty, pomagające zrzucić na wadze, ponieważ jako osoba, która przytyła, schudła, znów przytyła, a następnie na bieżąco walcząca z wagą wiem, że najprostszym sposobem na bycie chudym jest "nie wpieprzanie wszystkiego na co ma się ochotę". Jednak herbatki przypadły mi do gustu z innego powodu. Oczyszczają organizm z toksyn, co jest dobre również dla skóry czy włosów. Herbatki mają śliczny zapach, ale smak nie powala - ziółka. A ziółka nigdy nie będą smaczne. 

Podsumowując - czy czerwcowe pudełko było warte swojej ceny? Myślę, że tak. Co prawda zawartość nie wywołała u mnie nieopisanego zachwytu, jednak zawiera trzy produkty, dla których zamówiłabym je ponownie - herbatki i kosmetyki Kueshi. 
Mam nadzieję, że podobał Wam się dzisiejszy post. Następny będzie poświęcony nieco innej tematyce, a mianowicie - kociej tematyce. Jako początkująca kociara postanowiłam co jakiś czas wstawiać "kocie" wpisy, które, mam nadzieję, pomogą osobą, które przymierzają się do adopcji kota lub mają go od niedawna. 
To tyle na dzisiaj, a na koniec pytanie dla Was - co Wy myślicie o najnowszym Shinybox?